czwartek, 23 stycznia 2014

Wiejska matka


Wsiura jakaś - zwykło się takie określać. Ani toto gustu nie ma, ani polotu. Pojedzie  do miasta i zaraz leci przepraszać drzwi lub dziękować ruchomym schodom za podwózkę. Ubiera się koszmarnie, dziecko w onucach na dwór wypuszcza, wysłowić się nie umie. Pożal się boże matka ze wsi. Wsiura jakaś.



 - "A jak się czujesz w Warszawie? W takim dużym mieście?" - pytano mnie, gdy miałam lat 8 i odwiedzałam rodzinę. Gdy miałam lat 16 i odwiedzałam rodzinę oraz koleżanki. I gdy miałam lat 20 i więcej, kiedy  już studiowałam. Zawsze miałam wrażenie, że ten ktoś pytający wręcz czeka na jakąś moją gafę wynikającą z onieśmielenia miastem albo brakiem  ogłady.

Dopiero później zrozumiałam te dziwne spojrzenia. Nie reprezentowałam sobą niczego z powszechnych wyobrażeń o wiejskiej dziewczynie. Takiej nieśmiałej, brzydko ubranej, skromnej i pobożnie modlącej się przy każdej napotkanej kapliczce. Odstawałam od powszechnego wyobrażenia wieśniaczki.

Czy zdawałam sobie sprawę, że oddalam się od stereotypu? Nie do końca.

A potem wróciłam na wieś. Przedtem moimi problemami były spóźniające się tramwaje, niewłączone na czas grzejniki, mnogość wyborów, tłum śpieszących się ludzi, korki, złość, wyzwiska, zacinająca się winda. Warszawo, jaka ty byłaś zaborcza z tym swoim jestestwem. Pamiętam, jak stałam na Krakowskim, nie mogłam się oprzeć spojrzenia na żałobników, a moje oczy były wprost proporcjonalnie większe do ilości straganów, baloników, hot dogów i wszelkiego rodzaju śmierciożerców. To były piękne pogrzeby polskości. To był patriotyzm, który wziął dwa patyki i podzielił wszystko na krzyż. Takiej wiochy to ja na wsi nigdy nie widziałam.

Więc wróciłam. Zaczęłam tęsknić za tłumem, szukałam chodników, brodziłam w błocie i wypatrywałam chociaż jednego spóźnionego autobusu. Kiedyś usiadłam i narysowałam sobie jeden na drodze. Ot, tak. Żeby mi wrażenie sprawiał.

- Powiedz mi, jak ci się tu żyje - spytała się koleżanka. Milczałam. Kłamać nie chciałam, a naprawdę brakowało mi słów.

100 kilometrów lasu. 100 kilometrów lasów. I jeziora, których hektolitry zdawały się topić mnie w swych odmętach. Co robić? Gdzie wyjść z półrocznym dzieckiem?  Dlaczego nikt mnie nie uratuje? Przecież ja tu się zaraz utopię! Dlaczego nie zostałam w wygodnym mieście? Co mi odbiło, żeby wzgardzić chodnikiem, ogrzewaniem i podwózką metrem?

- Ciągle siedzisz w internecie! Wyłącz ten komputer!

Naprawdę? Wyłączyć? I skąd się dowiem, jak skończyła się budowa mostu? Kto mi podpowie, jaki film warto obejrzeć? Gdzie przeczytam najnowsze recenzje książek? Hm. Bez sensu. Kino zamknięte. W bibliotece w nowościach trociny. Most mam swój: nad Krutynią. Nowy - szybko im poszło.

- Zaraz kończę! I tak limit transferu już jest na wyczerpaniu. Nie zobaczysz mnie przy komputerze przez najbliższe 10 dni!

Las staje się gęściejszy. Jeziora trochę cieplejsze. Przejażdżka z wózkiem dalej jest lepsza niż roller coaster, ale nabieram wprawy. Umiem zrobić unik przed korzeniem. Coraz rzadziej się zakopuję. Poznaję coraz więcej internetowych sklepów. Filmy w gazetach są moim wybawieniem, odkopuję stare lektury. Przekonałam się, że nie muszę mieć obory, żeby widzieć gówno. Wystarczy mi telewizor. Gdy ktoś się mnie pyta, co ja tu robię, odpowiadam:

- Jestem wiejską matką. Mam las. Mam jezioro. Nie mam pod domem sklepu. W mojej gminie nie ma żłobka. Często nie ma u nas prądu. Jeszcze częściej - internetu. Żeby było ciepło, trzeba palić w piecu. Zakupy robimy hurtowe, bo do miasta minimum 15 kilometrów. Po większe jedziemy trochę dalej - 30 kilometrów. Mam za to błoto. Śnieg. Nie mam pod domem latarni. Nie ma u nas przystanku. Pociąg czuję wyłącznie do słodyczy, a raz widziałam, jak jedzie. Wtedy właśnie wyprzedziliśmy go rowerami. Jestem świadoma, że gdy coś się stanie mojemu dziecku, karetka może nie zdążyć. Więc oszczędzam na samochód. Chodzę w dresach. Zdarza mi się włożyć gumiaki mojego ojca. Mam klapki Kubota. Skarpetki kupujemy na bazarze. 

Ty masz to w dupie.

Ja nie mam z tym problemu.


[Inspiracja znaleziona na 
blogu mojej czytelniczki, Aleksandry



58 komentarzy:

  1. Czemu mam to w dupie? No co Ty? Fakt że w życiu dorosłym nie jest tak łatwo na wsi, bo to na barkach człowieka leży napalenie w piecu, do tego oczywiście wystarczająca ilość zakupionego drewna, zrobieniu zapasów.
    Ale dziecko na pewno będzie dobrze wspominać mieszkanie na wsi, ja mieszkałam parę lat u babci i świetnie to wspominam, to było piękne dzieciństwo.

    Btw. na wieś do wioski mojej bratowej przyjeżdżał samochód - sklep. Prawie że luksus nie? :D
    Co drugi dzień chyba :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przybijam piątkę z zadupia nad zadupiami :)
    Sama chciałam, mój wybór, ludzie się dziwią, a ja nie wiem czemu.

    OdpowiedzUsuń
  3. I znowu tak... estetycznie, że nawet nie potrafię skomentować.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wychowałam się na wsi. Mieszkam w mieście. Moje dzieci wychowują się w mieście. Na wymuskanych placach zabaw nie można pobawić się w chowanego. Znalezienie patyka graniczy z cudem. Nie mogę wypuścić ich do ogrodu, nie mają kontaktu ze zwierzętami nie licząc psów widzianych na smyczy. Odkładamy na działkę i dom.
    P.S. Też chodzę po domu w dresie a skarpety kupuję na placu. Tylko ze sklepami u mnie lepiej, bo mam całodobowy 3 minuty od domu. Co też bywa zgubne, jeśli chodzi o nieplanowane wydatki/zachcianki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tak Ci źle to czemu mieszkasz w mieście? Kurcze to denerwujące, ludzie jadą na Warszawę, że to że tamto że tak źle (mówię akurat o Warszawie nie wiem o jakim mieście piszesz) ale przyjeżdżają tu na studia a później mieszkają i zakładają rodzinę. Dwulicowe to jak nic. Jak komuś nie pasuje to po co przyjeżdża studiuje i pracuje. Ja jestem z Warszawy i moi dziadkowie też, mieszkam tu, są wady i zalety no ale kurczę bądźmy uczciwi....

      Usuń
    2. Przecież napisała, że odkładają na działkę i dom...

      Ja też mam korzenie w Warszawie i dlatego przyjechałam tu na studia i wiem, że wielu chciałoby się z niej wyrwać, ale nie mają na razie dokąd... warto o tym pamiętać.

      Usuń
    3. Nie chodzi o to niech odkładają i niech mieszkają tam gdzie im się marzy chodzi o hipokryzję "ta warszawa taka zla i okropna" ale na studia to przyjadę a jak je skończę to żyję tu ale caly czas opowiadam jaka jest straszna ale dlaczego nie napisała że do życia niekoniecznie ale duże miasto otworzyło jej możliwość edukacji itp nie bądźmy zakłamani tak mówi się na warszawiaków źle, zawsze znajdą się chamy ale umówmy nie ma ich więcej niż w każdym innym mieście, nie mam nic przeciwko ludziom z innych miast dama mam mnóstwo koleżanek z maluch miejscowości które żyją tu ale nie plują jadem na miejsce które same wybrały do życia

      Usuń
    4. Jestem z Krakowa......

      Usuń
    5. BTW nie sądzisz chyba że w każdej wiosce powinien stanąć uniwersytet po to żeby ludzie tacy jak ja - wychowani na wsi nie musieli przyjeżdżać do miasta na studia. Albo może lepiej- należałoby zakazać " wieśniakom" studiowania. Do pola niech idą....

      Usuń
  5. Aż sobie konto na googlu założyłam, żeby moc komentować. Dziewczynko, napisz książkę, bo ja się wciągnęłam nie na żarty i chcę więcej o tej wiejskiej matce!!!! rzuciłam gazetę, w której same nudy, by zderzyć się z takim pięknym stylem, swojskim klimatem i szczerością... Serio, pomyśl o tym, to będzie hit!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie książka! Kupię, przeczytam, postawie na półce w widocznym miejscu i jak w końcu uda mi się odwiedzić Przystań wezmę autograf!

      Usuń
    2. Po raz któryś się dopiszę do prośby o książkę...

      Usuń
  6. Jak dla mnie wszystko ma swoje wady i zalety.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wsiowa Nie-Matka również pozdrawia :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dodam tylko, że czasem osoba wychowana na wsi lepiej się zachowa niż taki "Wsiok" z miasta.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zazdroszczę takich pieknych okoliczności przyrody, ja mieszkam w stolicy i staram sie znaleźć dla siebie miejsce w tej wielkiej metropolii, wiem to nie jest NY, ale dla mnie to moloch. Marzę o mieszkaniu na wsi, marzę o mleku prosto od krowy o ciepłych jajkach z kurnika o tym by dzieci mogły wybiec z chałupy wporst na pole, a nie na zasikana klatke i o tym by latem chodzić w samych gaciach bez obciachu! Finito. Love!

    OdpowiedzUsuń
  10. Och, a czego ja tam nie mam...? :D
    Widzisz, przynajmniej wyróżniasz się na tle blogosfery, bo nie piszesz o knajpach na placu zbawiciela, tylko o łażeniu po lesie i gumiakach.
    Przy okazji dzięki, bo przypomniałaś mi o jednym temacie, który chciałam obsmarować i mi z głowy wyleciał :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Spokorniałaś? Wydaję mi się, że łatwiej się żyje na odludziu z dzieckiem, które się czymś jest w stanie zająć - samo biega na spacerze, samo szuka żab w błocie i samo je wylizuje z tego błota. Gorzej z półroczniakiem, którym non stop się trzeba zajmować, a i na spacer nie bardzo weźmiesz, bo zwyczajnie nie ma czym go zająć.

    OdpowiedzUsuń
  12. Opisałaś to znacznie lepiej niż ja, ale nie mogę się ogarnąć na wieść o ym, że mój tekst Cię zainspirował! ... :) Powiem Ci, że ja też zakładam gumiaki (szczególnie, kiedy wiosną przywożę na taczce zakupy znad szosy), ale lepsze to niż skarpetki do sandałów. ;)
    I chociaż narzekam na tę moją wiochę, chociaż moje życie kulturalne toczy się w Internecie zamiast w galeriach i w kinie, chociaż moje dzieci biegają latem boso po błocie, to nie zmaieniłabym tej mojej wiochy na miasto...
    Jednak jeszcze jestem na etapie, kiedy stereotypy i ogólne olewanie wiejskich problemów mnie "trochę" wkurzają...

    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To właśnie o to chodzi! Żeby z tym walczyć, zeby mówić o tym głośno! Brawo za takie wpisy!

      Usuń
  13. Podobnie mam.Mieszkam na Śląsku.Mówię po śląski i teraz nagle trza będzie przeprowadzić się do Szczecina bo ojczyzna Chopa wzywa.Dla ludzi bedę nowa,inaczej mówiąca,inne wartości wyznająca.Mały mój da rade wkońcu dopiero 11 miesiecy ma.Jade podbijać wielki świat tylko czy on jest na mnie gotowy?:)Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to mówią, Szczecin to wiocha z tramwajami :D więc nie ma się czego obawiać :) A post świetny, jednak wszystko ma swoje plusy i minusy :) zawsze miała wrażenie, że czas na wsi płynie jakoś wolniej, to prawda ?

      Usuń
  14. Ja klnę na ten syf warszafki i owczy pęd do wszystkiego i za niczym i też bym uciec chciała, ale wiem, że uzależniona jestem i szybko bym tu wróciła.
    BTW u mnie na Pradze też w Kubotach chodzą :P

    OdpowiedzUsuń
  15. Myślałam, że może kiedyś też się wyniesiemy z miasta. Ale to zdanie ("Jestem świadoma, że gdy coś się stanie mojemu dziecku, karetka może nie zdążyć.") chyba wybiło mi ten pomysł z głowy.

    Poza tym u nas się kocioł w budynku częściowo zepsuł i nie ma gorącej wody. Jest letnia. Więc jak chcemy wziąć kąpiel i nie zamarznąć, dolewamy wrzątek z czajnika. Niby nic, ale to takie... okropne! Przed przeprowadzką mieliśmy wodę z miasta i jak odkręcało się gorącą, to leciała gorąca. Jak zimną, to leciała zimna. A teraz? Sąsiedzi się wykąpią wieczorem i choć odkręcisz ciepłą, i tak leci zimna. Nawet przed awarią tak było. Kosmos! Nie mogę uwierzyć, że kiedyś mi to nie przeszkadzało! I nie przekonuje mnie, że gdzie indziej jest gorzej. Przecież było lepiej, czyli że się da! A jak się da, to trzeba do tego dążyć. Więc teraz muszę znaleźć mini-zadupie ze szpitalem w pobliżu i wykombinować sposób na gorącą wodę, która się sama robi i nigdy jej nie brakuje :) I mogę się znowu przeprowadzać, wtedy już na swoje! Tak więc ten... powodzenia tam w lesie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale, ale.... nie wzywałam do dzieci karetki. Z duszącą się ciotką Kosmyka docieraliśmy do szpitala "maluchem", do porodu też. Szpital rejonowy (z kiepską opinią) oddalony o 25 km, a karetka przyjechała w 10 minut i uratowali życie mojemu mężowi w tymże szpitalu. Lekarz zaopiekował się też mną i spytał czy zrobić mi herbatę. Różne są losy i przypadki. A może nie przypadki :) Pozdrawiam! KBD

      Usuń
  16. Urodziłam się na wsi, do liceum poszłam w małym miasteczku i zamieszkałam w internacie, potem studia w Lublinie i znowu małe miasto...Pamiętam,że po wczuciu się w Lbn, nie wyobrażałam sobie powrotu na wieś.I chociaż nijak to się ma do życia w Warszawie, to powiem ci szczerze,że mnie brakuje szybkości i energii dużego miasta.Dziś, gdybym mogła wybrać, wolałabym mieszkać na wsi niż w takim miejscu jak moje miasto.Na razie muszę tu zostać,ale wciąż mam nadzieję, na zmianę.

    P.S. Czekam na twoją książkę!

    OdpowiedzUsuń
  17. Też jesteśmy z powrotem wieśniakami i można się przyzwyczaić... :D chodzę w kaloszach i kurtce meża. Całą wioskę okrążam w pół godziny. Kupno czegoś poza chlebem jest problemem, ale jajca mam od kur, które widzę codziennie rano, a od wiosny będę mieć ogródek, i nie muszę się martwić, że dziecko mi na ulicę wybiegnie, bo "ulica" doprowadza tylko do mojego domu :D ciężko się przyzwyczaić, często się narzeka, ale jest pozytywnie...:D

    OdpowiedzUsuń
  18. A wiesz, ja to Warszavka z dziada pradziada, zawsze zazdrościłam koleżankom z klasy, że mogły na wieś do rodziny pojechać i prawdziwe zwierzęta zobaczyć, nie w zoo. Poza tym rodzina zawsze pogardliwie mówiła o "wieśniakach" i chyba rozumiem dlaczego. Otóż nie ma gorszego "wieśniaka", jak pierwsze pokolenie zamieszkałe w Warszawie, które robi wszystko, by go ze wsią nie kojarzyć. Kupuje najdroższe ciuchy i nosi na pokaz, urządza mieszkanie na bogato, udaje wielkich panów, a co tydzień wozi mięso z uboju z domu rodziców i po cichu w mieszkaniu oprawia. Tak to było za dawnych czasów. I stąd się bierze też niechęć do Warszavki, która tak naprawdę nie jest niechęcią do Warszawiaków, ale to tego ułamka ludzi, którzy się ledwo co wprowadzili i im odwala z powodu "wieśniackich" kompleksów. Bo chcą się od tej wsi odciąć za wszelką cenę. Tylko im trochę nie wychodzi.

    OdpowiedzUsuń
  19. Całe życie mieszkam w mieście, ale wakacje zawsze spędzałam na wsi. To u babci jednej lub drugiej, u wujostwa. I uwielbiamłam ten czas. Co prawda były tam sklepy. A ja uwielbiałam tą beztroskę, i to jak w piżamie szłam do sklepu po bułki, i to jak szłam przez całą wieś do gospodarstwa po mleko, i te skakanie po krzakach, strumykach. Ach te młodzieńcze czasy. A teraz nie wiem czy potrafiłabym się tak odnaleźć na dłuższą metę...

    OdpowiedzUsuń
  20. pochodzę ze wsi, teraz mieszkam w mieście kilka lat. i cholera, odkąd ma dzieci tak bardzo brakuje mi tej swobody, jaka jest na wsi.

    OdpowiedzUsuń
  21. A ja Ci trochę zazdroszczę wiesz, Aśka. Tych kilometrów lasów i hektolitrów wody. I nawet braku prądu. I internetu czasem. Ale tak to jest, że mieszkanie tu czy mieszkanie tam - mają zawsze i swoje plusy i minusy :).
    I nie mam w dupie - gdybym miała - nie było by mnie tu :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Przy takich okazjach zawsze myślę o MAŁYCH OJCZYZNACH. Zazdroszczę ludziom, którzy mają SWOJE MIEJSCE NA ZIEMI. I chyba nie do końca o miejsce chodzi; wieś, miasto - to drugorzędne. Ludzie! przeżycia! samospełnienie! Właśnie dlatego moje serce wybrało Kraków. Ale musiałam, ze względów rodzinnych wrócić do domu rodzinnego. I tu, w mojej rodzinnej miejscowości ciągle czuję się jak Barbara Niechcic - trochę uwięziona, trochę nie na miejscu. Ale..... nie mam odwagi żeby coś z tym zrobić. Ale... mam "swojego Bogumiła"; sąsiadów na których mogę liczyć; wypróbowanych przyjaciół. A dzieci zawsze miały prywatną piaskownicę:) Pofilozofujmy: wszystkiego są dobre i złe strony:) Pozdrawiam! KBD :) babcia Kosmyka :) matka Damiana

    OdpowiedzUsuń
  23. My tez niby ze wsi, ale takiej podmiejskiej, że do centrum rzut beretem, więc się nie liczy ;). Są plusy i minusy życia za miastem. Tu pewnie łatwiej niż na totalnym zadupiu, ale autobusy też nie jeżdżą....

    OdpowiedzUsuń
  24. mega mega mega mega tekst matulu. czy ja muszę powtarzać, że cię kocham? rozpływam się w twoich słowach i nie muszę tu pierdolić farmazonów, bo czy ty na wsi, czy w mieście, jesteś tak samo zajebista. i genialnie piszesz. jak nie ruszysz dupy i nie napiszesz książki to wpier... no, to do roboty! samochód się sam nie zarobi, a jak napiszesz coś i wydasz to i na karetkę cię stać będzie prywatną, żeby w garażu stała :) ps. dobrze ci chyba robi na styl to mazurskie powietrze, bo coraz lepiej jest... <3

    OdpowiedzUsuń
  25. Marząca o domku z werandą i kawałku zielonego na wsi pozdrawia serdecznie :)
    Popieram pomysł o książce!

    OdpowiedzUsuń
  26. Piąteczka Wiejska Babo! Też się buntowałam, przez rok. Nawet przed tym, żeby mnie ludzie na wsi za swoją nie wzięli! Teraz sobie nie wyobrażam mieszkania z Chłopcami we Wrocławiu, w centrum, w bloku, w tłumie.
    Jestem Wiejską Babą, palę w piecu, robię przetwory, mam ogródek, dużo zieleni. Dobrze mi z tym. Może moja wieś nie jest tak na końcu świata jak Twoja a do miasteczka mam 3 km.. Ale nadal jest wsią :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Mieszkam na wsi i duma mnie rozpiera. Bo jestem ze wsi :) a na tę wieś do tych "Wsiur" zjeżdżają w okresie letnim 'Miastowi" i niestety czesto gorzej wyglądają i zachowują się od nas. Pozdrawiam z Mazur :) Buzioleeee :*

    OdpowiedzUsuń
  28. "Warszawo jaka Ty jesteś zachłanna..." - oj jest! Mieszkam na przedmieściach i wcale nie tęsknię za centrum. Nie zliczę ile razy zgubiłam się w przejściu podziemnym przy Rotundzie i ile razy wsiadłam do autobusu jadącego w przeciwnym kierunku niż chciałam (grunt, że numerek się zgadzał). Mam te swoje przedmieścia, dziki spacerujące pod domem, a gdzieś w powietrzu rozmyty już zapach Warszawy.

    Jezior i lasów zazdroszczę. Kiedyś będziemy mieć agroturystkę dla rodzin z psami, kiedyś...przynajmniej w sferze marzeń ;)

    OdpowiedzUsuń
  29. "Mam las. Mam jezioro." - to jest wszystko, czego mi potrzeba do życia.

    OdpowiedzUsuń
  30. "Mam las. Mam jezioro." - niczego więcej mi do życia nie trzeba, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  31. Ja też porzuciłam miasto i rodzinne strony, żeby przyjść na wieś (80 km dalej) do męża, na gospodare do tego (o matko!), wśród obcych, mieszkając póki co z teściami. Ale mam internet pełną parą, dwoje dzieci na przychówku i listonosza z dostawami co i rusz ;) Życie jak życie, tylko od naszego nastawienia zależy :)

    OdpowiedzUsuń
  32. A ja pomimo tego, ze mieszkam w miescie to mam troche swojej wsi. Mieszkam w Opolu, miasto moze nie wielkie, do Warszawy porównać nie można, ale galerie mamy, elektrownie, festiwal polskiej piosenki, i rynek i schody jezdzace same i otwierajace sie drzwi też.
    A ja mieszkam w ostatniej dzielnicy tego miasta, albo w pierwszej, zalezy jak sie jedzie;) W każdym bądz razie jedna z takich dzielnic w której są gospodarstwa, na ulicach której jezdza traktory, a latem pachnie słomą (żeby nie nie napisac czym naprawde pachnie;)). I pomimo tego, ze mam do centrum miasta 15 minut samochodem to jest spokój. Domek z ogródkiem, przetwory w piwnicy. Tylko tego lasku nie ma i jeziora.

    I chociaz tu nie jest głosno i nie czuć tego miasta to czasem mam ochote zamieszkac na takiej wsi, całkiem całkiem wsi. Gdzie w sobote na uliczkach unosi się zapach gotowanego na niedzielę rosołu i słychać uderzenie tłuczkiem od robiących sie rolad. Najmłodsze dzieci zamiatają chodniki przed domem, i każdy kazdego zna i każdy kazdemu mówi "dzien dobry".

    OdpowiedzUsuń
  33. Świetny tekst:))) Umilił mi zdecydowanie szpitalną rzeczywistość..... tutaj dopiero nic nie ma;)))))

    OdpowiedzUsuń
  34. Nie spotkałam się z takimi stereotypami o jakich piszesz. Jestem warszawianką i nigdy nie przywiązywałam do tego wagi. Na wakacjach, na studiach w każdej kolejnej pracy osób z poza warszawy było mega dużo, więcej niż z warszawy. Nigdy też nie widziałam aby takie osoby jak Ty były traktowane z pobłażaniem czy niższością. Prawdę powiedziawszy to dotąd, gdy poruszałaś ten temat sądziłam, że żartujesz lub wyolbrzymiasz. A wieś jest moim marzeniem. Chłopa mam ze wsi może mnie zabierze na te swoja wieś.

    OdpowiedzUsuń
  35. My z miasta. Ale co z tego? Co to za miasto bez prawdziwego kina, teatru? Bez galerii? Restauracji? Na zakupy ubraniowe jeździmy do większego miasta (60km). Na miejscowość, w której żyjemy (ok. 60 tys. mieszkańców) mówimy wieś! Bo to taka duża wieś. Ale na wakacje jeździmy na taką prawdziwą, gdzie traktor, pole, kury biegają. I gdyby nie ta praca na ,,naszej miejskiej wsi"...

    OdpowiedzUsuń
  36. Pozdrawiamy z miasta niestety i zazdroscimy fajna babeczka z Ciebie

    OdpowiedzUsuń
  37. Kochana jesteś młoda i zrozumiałe ,że szukasz swojego miejsca na ziemi.Większość młodych ludzi ciągnie do miasta z powodu nauki czy pracy ,która daje żródło utrzymania,ale z biegiem lat będziesz inaczej na życie spoglądała.Mam dwoje dzieci dorosłych są już rodzicami.Córka od młodych lat chciała pójść na wieś na gospodarstwo i tak się stało ma czwórkę dzieci (uczą się dobrze)mają marzenia.Syn bardziej ciągnął do miasta ,ale coraz częściej wspomina o domu z ogrodem.Pochodzę z Gdyni ale obecnie mieszkam w okolicach Wejherowa mieszkam na przedmieściu w starym domu z ogrodem.Wiesz co dla mnie jest najważniejsze poczucie bezpieczeństwa,i kontakt z naturą .Podziwiam każdy kwiatek ,ptaszka itp.palę w kominku (piec usunęłam ) i jest miło.Wracam z pracy i nie chce mi się nigdzie wychodzić ,wiem jesteś młoda ,a ja już pół wieku przeżyłam.W mieście są wygody ,ale więcej wydajesz,na wsi nie masz wygód mniej płacisz i zdrowe powietrze.Będąc dzieckiem uciekałam na każde wakacje na wieś ,a do 7-miu lat byłam tam bardzo często. Najpiękniej wspominam dzieciństwo na wsi ,gdy jako 5-cio letnie dziecko chodziłam z dziadkiem po sadzie ,a on tłumaczył mnie jak się szczepi drzewka.Zabierał mnie rowerem do lasu po jałowiec i brodził po błocie aby nazrywać dla mnie niezapominajek.Często zażywał tabakę ,a ja siadałam mu na kolanach i wycierałam chusteczką nos ,bo zawsze go usmolił .To był mój najpiękniejszy okres dzieciństwa.Trochę się rozpisałam.Bardzo dobrze czyta się twój tekst ,więc pomyśl o tej książce.Pozdrawiam serdecznie i więcej wiary w siebie .

    OdpowiedzUsuń
  38. Ja za kilka mcy też stanę się wiejską matką. Świadomie i z premedytacją opuszczę moje ciepłe, mieszczańskie pielesze i przyjmę z dobrodziejstwem inwentarza wszystko, co się z tym wiąże. I tylko szarej jesieni się boję. Zimy trochę mniej, ale pamiętam jeszcze szok, gdy po intensywnym tygodniu w wielkim mieście, pojechaliśmy na zadupie białą zimą, co by trochę odpocząć i jakoś tak mi się nieswojo zrobiło, gdy podczas spaceru towarzyszył nam tylko mróz i śnieg. I cisza przerywana zgrzytaniem śniegu. Dopiero w karczmie pełnej ludzi, gdzie mnie mój ślubny zabrał litościwie na popas, poczułam, jak odpuszcza mi lęk - przed totalnym niedzianiem się.
    Od dłuższego czasu przygotowuję się do tego wielkiego wydarzenia, przeprowadzki i prócz wielkiego podniecenia, boję się zwyczajnie. I co z tego, że w mojej wsi jest sklep (luksusowo, wiem). Bułek tam raczej nie kupisz, co najwyżej flaszeczkę ;-)

    OdpowiedzUsuń
  39. Mam podobnie po prostu chciałabym się wyrwać stąd tylko nie bardzo wiem jak,pieniędzy nie mam na to żeby się usamodzielni,znajomych którzy mogliby mi pomóc też nie.Jestem zdana na los,moi rówieśnicy założyli rodziny a ja nadal nie czuję się na siłach żeby tak zrobić po prostu mam nie co inne priorytety zawsze byłam ciekawa świata stawiałam na rozwój wewnętrzny a nie na to żeby ''babrać się w pieluchach i robić za kurę domową.jestem typem marzyciela chociaż już pewne rzeczy stały się dla mnie drugorzędne min miłość,małżeństwo i ogólnie przyjęta norma wychowywania dzieci.Uważam że wolę być sama niż wychowywać samotnie dziecko,bo porządnych facetów można teraz ze świecą szukać.....

    OdpowiedzUsuń
  40. Miasto - do W-wy mu daleko ale wojewódzkie, moje Opole - tam się urodziłam, wychowałam, dorastałam. Wieś - wakacje u babci... i moja teraźniejszość... dałam się namówić - wtedy jeszcze mojemu przyszłemu mężowi do zamieszkania w jego rodzinnym domu na wsi, 30km od mojego kochanego miasta. Czy żałuję? W zimie tak - palenie w piecu, odśnieżanie, długi czas spędzony na dojazdach do pracy w Moim mieście. Ale pozostałe pory roku - NIE, wiosna i lato na wsi są wspaniałe i po 10 latach powiem tyle - jestem wiejską matką i dobrze mi z tym :) szkoda tylko, że do moich koleżanek nie mogę wyskoczyć na szybką kawę, a tu jednak jestem dalej trochę obca . Na mojej wiosce prawie każdy z każdym jest jakoś spokrewniony... ale za to mamy sklep :) Dobrze, że jest internet :)

    OdpowiedzUsuń
  41. Ojjj Asiu, Asiu - ten blog to niezła "terapia" żeby wyleczyć się z miasta;-) Tak sobie myślę, że najważniejsze jest, to co czujemy wobec samego siebie. A to co inni myślą - wieśniaczka czy obyta pani z "wielkiego miasta" mało istotne i srać na to! Musimy znać swoją wartość, a wtedy rzeczywiście nie będziemy problemu co inni myślą i mówią o nas. Pozdrowionka;-)

    OdpowiedzUsuń